poniedziałek, 8 października 2012

Baba nad Soliną



Kiedy kilka dni temu postawiłam stopę na zabłoconym parkingu malowniczo usytuowanego hotelu*** chmury przestały udawać opanowanie i rozszlochały się na dobre. Wprawdzie, jako wrażliwa baba powinnam była je pocieszyć, podsunąć chusteczkę pod osmarkany nos, a może i posiorbać z nimi,  ale… nie zrobiłam tego. Za to pozwoliłam, by w mojej głowie przez moment przenuciła się myśl: „Nie lej dyscu, nie lej, bo cie tu nie trzeba”, tym bardziej, że nijak moje lica dżdżu nie łaknęły. Podobnie jak lica mojej baby, gdyż złapała ona z werwą parasol i rozpostarła go nad nami. 

Pozostawiwszy bagaże w hotelu, niezrażone rozszlochanym niebem i jego smutnym nastrojem, ruszyłyśmy w stronę zapory. 

Takoż dwie baby zagłębiły się  w gąszcz drewnianych bud i budek, z których większa część była posezonowo zamknięta. Te, które otwarto uginały się od pamiątek i pamiąteczek, lub wabiących ofertami różnego rodzaju jadła, w których prym wiódł oczywiście pstrąg. 

Zapora powitała nas tonami betonu i łaszącej się u jej stóp wody, nie zapominajmy też o wiadrach „kapuśniaczka” lejącego się z chmur. I tak byłyśmy tylko trzy – dwie baby pod kapiącym parasolem i ona, zapora, hmmm też właściwie baba... 

I tak idąc wśród strug deszczu, dotarłyśmy do „wymarłego miasteczka” na szczycie nieszklanej góry. Historia lubi się powtarzać, więc i tutaj znalazło się kilka otwartych jeszcze budek ze znajomo wyglądającym asortymentem.

A potem obiad w przytulnej jadłodajni z kominkiem, muchami na szkle (okiennym) i oczywiście pstrągiem jako clou programu. Pstrąg był smaczny, muchy upierdliwe, ale na szczęście bardziej zainteresowane widokiem z okna niż nami, a niebo odzyskiwało dobry humor.

Nasz humor też wyraźnie pokraśniał z zadowolenia, bo, odpuściwszy sobie poobiednią drzemkę;), ruszyłyśmy pospacerować, mogąc wreszcie przestać wpatrywać się w czerń płótna nad naszymi głowami, a poświęcić się podziwianiu pięknych widoków.
I wtedy pojawili się ONI, ludzie. Zaczęło ich przybywać wprost proporcjonalnie do ilości promieni słonecznych przedzierających się przez chmury… ku naszej uldze – szli w innym kierunku:)

Przybywało słońca, przybywało… mgły. A za mgłą pojawiło się… ciepło. I było ciepło, ciepło, coraz cieplej:)

Opadły z nas warstwy ubrań, poszerzał się „banan” na twarzy, a okolica zaczęła odsłaniać nieśmiało swoje wdzięki.

No i ten zachód słońca:) 


 

(post pierwotnie opublikowany na Babie na wozie)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz