środa, 5 grudnia 2012

baba i działka na Księżycu



A może by tak kupić sobie działkę na Księżycu?;) Taki maleńki „ogródeczek”, rodem z Nibylandii, na którym, jak Piotruś Pan, można by zasadzić „wszystko” i z którego można by „wyssać” wszystko. Ostatecznie nie jest to zbyt droga inwestycja, licząca sobie ok. 30 euro (ceny spadły z powodu kryzysu).:) W końcu pan Twardowski siedzi tam już tyle lat i nie narzeka;):)
Tylko… kto na tym zarobi i czy naprawdę będziemy właścicielami?

Pewien amerykański cwaniaczek, niejaki Dennis Hope (nazwisko autentyczne, ale mocno chwytliwe marketingowo – czyż nie spoglądamy z nadzieją w kosmos?;)), założył sobie w 1980 roku firmę o nazwie Ambasada Księżycowa i ogłosił się właścicielem całego Układu Słonecznego. Zaczął wówczas swój pokątny handelek działkami na Księżycu. Całość podzielił na 3 112 002 części. Licząc, że każdą sprzedał za ok. 15 funtów… No, można sobie wyobrazić, jaką ma nabitą kabzę:)

Hope zbił kasę, a Księżyc? Księżyc nadal do nikogo nie należy, póki co. Okazuje się bowiem, że głównym dokumentem, który reguluje kwestie własności w kosmosie jest podpisany w 1967 roku Traktat o Przestrzeni Kosmicznej. Została w nim zawarta zasada niemożności zawłaszczenia ciała niebieskiego. Oznacza to, ni mniej ni więcej, że ma ono służyć wszystkim ziemianom, wszystkim państwom świata (nikt nie ma do niego praw, podobnie jak do Atlantydy). I, co więcej, nie wolno na nim umieszczać żadnych obiektów wojskowych ani broni.

Cóż, wynika z tego jasno, że nawet zapłaciwszy za działkę na Księżycu, Marsie czy jakimkolwiek innym obiekcie kosmicznym, będziemy tylko sponsorami „przedsiębiorczych” oszustów… i dosłownie będziemy mogli do siebie odnieść słowa: „nadzieja matką głupich”…:)

(post pierwotnie opublikowany na blogu Baba na wozie)

1 komentarz: