piątek, 26 kwietnia 2013

relikty przeszłości



Kiedy w czasach PRL-u wchodziło się do sklepu, zwykle witała nas kwaśna mina sprzedających. O słowach „kluczach” (typu dziękuję) można było pomarzyć. Teraz o wiele milej robi się zakupy, chociaż… bywają wyjątki.

Niedawno byłam w pewnym barze. Już od wejścia powitały mnie zgorzkniałe dwie twarze (Gombrowicz nazwałby je gębami). Jedna płci męskiej, druga żeńskiej. „Zabawa” zaczęła się przy zamówieniu. Stojący za ladą osobnik w późno-średnim wieku gburowato przyjmował zamówienie, szukając dziury w całym i wykazując wyjątkowy brak zdolności odbioru przekazu od klientów. Kobieta, również w jesieni wieku, stała z kamienną twarzą,  objawiając w tym dniu trudności mimiczne. Udało się nam jednak zamówić w końcu to, o co nam chodziło.

Na drugi dzień humor gburowatego osobnika uległ poprawie. Pozwolił sobie na kilka głupawo-grubiańskich żartów w stosunku do klientów, czym „poprawił” im nastrój – co wyraźnie wpłynęło na jego, bo zaczął nawet rechotać, w czym zawtórowała mu jego współpracownica.

Kolejnego dnia już nie miałam ochoty korzystać z usług tego fenomenu natury i poszłyśmy kupić sobie coś do jedzenia w inne miejsce.
Dawno nie miałam do czynienia aż z takim buractwem, więc daję tu upust swojemu zdziwieniu. Może kiedyś otrząsnę się z szoku;):)

4 komentarze:

  1. Nie obawiałaś się o jakość potraw w tym barze, że wróciłaś tam drugiego dnia?

    OdpowiedzUsuń
  2. Facet nie stykał się z jedzeniem. Chociaż przyznam, że lekką obawę miałam i ta obawa nasiliła się drugiego dnia:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kochana, nie dałaś żadnego upustu. Takie miejsca trzeba napiętnować. Namiary poproszę, żebym wiedziała, jakie miejsce omijać. I żeby inni wiedzieli. Jak ktoś nie szanuje klientów, to i nie zasługuje na klientów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bar Bartek w "Sezamie'" nieopodal PKiN-u.

      Usuń