sobota, 2 listopada 2013

Halodryń...

Przejęte z obcego gruntu święta powodują, że człowiek otwierając drzwi ma gębę mało racjonalnie natchnioną, pałającą zdziwieniem jak Księżyc w pełni.

Dryń, dryń! Dryń, dryń! – dzwonek u drzwi jak alarm poderwał mnie  przedwczoraj na równe nogi.
- Kto u licha o tej porze? – zagadałam do I.  i zerknęłam przez wziernik. Dwa osobniki różnej płci i wzrostu, mniejszy w dość dziwnej tonacji barw.
 - Chyba nikt ze spółdzielni – pomyślałam i otworzyłam.
- Cukierek albo psikus! – odezwało się cieniutkim głosikiem niższe indywiduum w landrynkowej sukience. Drugie okazało się dorosłym ochroniarzem.
- Chwileczkę – sapnęłam i zatrzasnęłam drzwi, myśląc w panice, że w domu nie ma ani kawałka czegoś, co przypominałoby cukierek lub choćby ciastko.
- Co teraz? - zapytałam I. Ta ucieszona, wzruszyła ramionami.

I wtedy przyszło natchnienie. Jest! Jest coś słodkiego!
 Niewiele myśląc, porwałam pierwszy z brzegu owoc – przynajmniej zęby się dziecku nie popsują. I otworzyłam drzwi.

Mina halodryńców – bezcenna:)

6 komentarzy:

  1. ochroniarz za kogo przebrany? chyba nie za sierotkę marysię

    OdpowiedzUsuń
  2. Ochroniarz był nieprzebrany. Ochroniarz po prostu stał i wytrzeszczał przerażone oczy;):)

    OdpowiedzUsuń
  3. Coś w stylu "jest tu jakiś cwaniak?" z Chłopaki nie płaczą :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sprawdziłam na you tube - coś w tym stylu - gdyby głośniej huknąć, to by zwiał:)

      Usuń
  4. I o jest własnie to co mnie w tym święcie drażni. Trzeba będzie pamiętać o cukierkach:(((

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Albo przygotować się na psikusy;):)

      Usuń